Tym razem zacznę osobiście, bo temat ostatnio do mnie wraca. A w drugiej części – mam nadzieję – ten post może się dla niektórych zuniwersalizować.
Jestem dziś na rozdrożu. Może źle powiedziane… Ciągnę linę w dwie strony. Z jednej chcę zachować nowo nabytą i znacznie poszerzoną elastyczność, z drugiej – siłę i napięcie mięśni, które tak dobrze robiło mi na samopoczucie przez ostatnich 5 lat. I ciągnę tę linę, a ciało krzyczy, bo jest rozdzierane i się buntuje. Tak bardzo, że ostatni tydzień moje poranne wstawanie (moja osobista świętość) legło w gruzach. Fundament moich poukładanych dni i wysokiej energii.
I co z tym zrobić?
Potraktować łagodnie - AKCEPTACJĄ. Wybaczyłem sobie ostatni tydzień. Nie potraktowałem go jako porażki – tylko jako kolejną lekcję obserwacji własnego ciała. Pojawiający się NIEPOKÓJ, że coś stracę, uspokoiłem tym, że przecież znam swoją bazę. Że jednak jakieś fundamenty już zbudowałem i mam. I co więcej – chcę do nich wracać!
Czy pogodzenie tych dwóch przestrzeni – intensywnej jogi i intensywnej siłowni – mi się uda? Nie wiem. Może czasem jedno będzie dominować nad drugim. Ale będę szukał równowagi.
Takiej samej, jak między lenistwem a dyscypliną.
Takiej samej, jak między dietą zerocukrową a pozwoleniem sobie na "wyskok".
Takiej samej, jak między potrzebą samotności a potrzebą kontaktu.
Takiej samej, jak między duchowością a fizycznością.
I wreszcie – takiej samej, jak między tym, co w nas umownie nazywamy pierwiastkiem męskim i żeńskim.
Bo mam w sobie mieszankę. Potrzebę aktywności, determinacji, siły, czasem bezkompromisowości – ale też łagodności, czułości, wycofania. I wiem, że nie jestem w tym odosobniony. Każdy z nas nosi w sobie coś z obu tych energii. W różnych proporcjach, w różnych momentach życia.
W niektórych tradycjach mówi się o tym wprost – o łączeniu przeciwieństw. W jodze to ha- tha – dwie siły, które spotykają się w równowadze (energia Słońca-meska i Księżyca- kobieca). W chińskiej filozofii to jang i jin – męskie i żeńskie, które nie istnieją bez siebie. To nie są szufladki, w które trzeba się wpasować. To raczej przypomnienie, że w każdym z nas jest; i słońce i księżyc; i siła i delikatność; i działanie i pasywność; racjonalizm i intuicja; ekspansywaność (czasem brutalizm) i ukojenie...
Problem zaczyna się, gdy jedna strona na stałe zagłusza drugą. Gdy ciągle jesteśmy w trybie "zdobywania", a nie potrafimy odpocząć. Albo, gdy lęk przed działaniem sprawia, że zostajemy w cieniu. Wtedy pojawia się nierównowaga. I ciało – tak jak moje ostatnio – zaczyna krzyczeć.
Są ćwiczenia, które mogą w tym pomóc – oddechowe, uważnościowe, ruchowe (te proste pranayamiczne na wyrównanie postaram się zamieścić za kilka dni (na Shape Your Better Self) - ale to nie jest tekst o nich. To jest tekst o czymś prostszym i trudniejszym zarazem: o zgodzie na to, że obie strony we mnie są. I że żadnej nie muszę się pozbywać.
To, co chcę Ci dziś zostawić, to zaproszenie do INTEGROWANIA swoich przeciwieństw. Do rozpoznania: kiedy jestem w sile, a kiedy w łagodności. Kiedy pchnę, a kiedy odpuszczam. I do AKCEPTACJI, że czasem będę w jednym, czasem w drugim – i to jest w porządku.
Bo równowaga nie polega na tym, by stać nieruchomo pośrodku. Polega na tym, by umieć płynnie przechodzić z jednej strony na drugą. I nie wieszać na sobie łatki, że jestem "tylko tym" albo "tylko tamtym".
Ok. Przyszedł czas na Twoją kolej. Zadaj sobie pytanie sam... "Gdzie ty dziś jestem na tej linie?
INTEGRACJA -> AKCEPTACJA (22/02/26)
Luty 24, 2026
Czas czytania: 4 minut