Kiedy wyciszasz umysł, wszystko dookoła zwalnia, jakby zatrzymuje się. Każda rozmowa, każdy gest i każdy moment smakuje inaczej. Nie pędzisz do przodu, nie wybiegasz do jutra, nie myślisz o tym, co za chwilę – więc masz czas, uważność i energię, by sycić się tym, co jest i dzieje się dookoła. To jest doświadczanie życia w pełni – przynajmniej ja tak to czuję.
Konsekwencja porannego wstawania i porannego zatrzymania się w sobie (patrz poprzednie posty) przynosi mi bardzo namacalne dary w ciągu dnia . To zaskakujące spotkania, coraz więcej ciekawych, nowych ludzi, głębokie i niezapomniane rozmowy. Przykłady mógłbym mnożyć – to wszystko momenty, które zapadają we mnie i trwają, mimo że wydarzyły się wczoraj, przedwczoraj, kilka dni temu. Czytałem wiele o neuroplastyczności mózgu, o tym, że medytacja dokonuje głębokich, leczących zmian nawet w najbardziej neurotycznych i rozchwianych mózgach. Nie spodziewałem się, że to nastąpi tak szybko i tak niepozornie – po mniej więcej trzech miesiącach regularnej praktyki wyciszenia i obserwacji. To nie cuda, a efekt tego, że mój umysł zaczyna pracować inaczej i zmienia się jego percepcja.
Owszem, miewam wciąż czasem projekcje, niepewność i lęki związane z jutrem. Ale one jakby blakną i nie mają już żadnego znaczenia, bo żyję dziś, tu i teraz.
Wczoraj doświadczyłem rozmowy, która poruszyła mnie głęboko – pewnego zwieńczenia kontaktu z kobietą, który zaczął się dwa tygodnie temu. Wtedy, przy pierwszym spotkaniu, zostawiła mnie ze zdaniem o pełni księżyca i zaćmieniu. Te ostatnie rzucone wówczas jej słowa brzmiały mi w uszach przez te wszystkie dni. Dopiero po czasie, gdy dotarła do mnie reszta historii, zrozumiałem, że to był szyfr. Sposób, by powiedzieć coś ważnego, nie mówiąc wprost.
Po dwóch tygodniach cierpliwego czekania na wyjaśnienie zagadki mogliśmy dokończyć rozmowę na tym etapie znajomości. Otrzymałem od niej piękne i szczere świadectwo niepewności, przez którą przeszła w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy swojego życia. W jej słowach było mnóstwo światła i radości z każdej chwili, którą przeżyła i którą ma w sobie dziś.
Ta kobieta, ta rozmowa, ten moment szczerości dotknął we mnie czegoś bardzo głęboko. Czegoś, za czym od dawna tęskniłem – i myślę, że my wszyscy tęsknimy. Czegoś, co nazywa się prawdziwym ludzkim spotkaniem na zupełnie innym poziomie i w innej przestrzeni.
Oboje wyszliśmy z tej niedługiej, ale intensywnej rozmowy wzbogaceni. Ona wie, że ja jestem. Ja wiem, że ona jest. I potrafimy wsłuchiwać się w siebie bez masek i bez pozowania. Bez oczekiwania na więcej – jesteśmy po prostu dla siebie w tej przestrzeni. Ja i ona, czując, że możemy się w pełni otworzyć.
Takich spotkań życzę. Nie wszystkim – bo może nie każdy ich pragnie. Ale tym, którzy wiedzą o czym mówię...
